Region - Gospodarka i polityka - Kultura i rozrywka - �ycie spo�eczne - Sport - Edukacja - Komunikaty ROL
 Szukaj:
Google   
  strona g��wna/newsroom  
 O artykule
Autor: Kronika Tygodnia - Adam Jaworski
Data: 20.10.2009, 10:01
Zmiany: 20.10.2009, 10:01
Czytane: 6662x
Komentarzy: 0 [sprawdďż˝]
test
  
Archiwum: 861   Archiwum>>
Co siďż˝ dzieje na Forum?
Zapisz siďż˝!
Elektroniczy biuletyn ROL
co tydzieďż˝ w twojej poczcie email.
Myśliwy strzela i… serce go boli  

Indywidualnie i w grupach, o świcie i wieczorem. Po polach, łąkach, zagajnikach, ugania się prawdziwa armia myśliwych. Wielu nie dosypia, marznie, moknie, nie dojada. Bo, czasami żeby przeżyć - trzeba polować

Łowczy Okręgowy Henryk Studnicki opowiada, z jakimi problemami borykali się myśliwi w jednym z kół łowieckich. Otóż, razu pewnego wezwał ich prezes koła i oświadczył, że sytuacja jest tragiczna. Są dwa wyjścia: rozwiązanie koła i sprzedaż majątku (trochę gruntu, domek) albo… myśliwi zgodzą się na składkę i w ten sposób będzie czym zapłacić rolnikom za szkody, jakie na polach wyrządziły dziki. Każdy z myśliwych dał pieniądze. Prezes podziękował, a na pożegnanie dodał: - A teraz na polowanie, Panowie.
Żeby sytuacja się nie powtórzyła.

Selekcja naturalna
Na terenie zamojskiego Zarządu Okręgowego Polskiego Związku Łowieckiego jest 31 kół łowieckich (miejscowych), 9 kół zamiejscowych (m.in. z Lublina, Warszawy).
- Mamy ponad 1 500 myśliwych – mówi z dumą Henryk Studnicki, łowczy okręgowy. I dodaje, że choć to dość drogie hobby, to chętnych, którzy mają wolę i chęć szczerą zostania myśliwymi nie brakuje. Mimo wszystko.
Prawdziwy myśliwy najpierw musi poznać faunę i florę (ze szczególnym akcentem na faunę), a dopiero później przychodzi czas na polowanie.

Henryk Studnicki pochodzi z Górecka Starego, jest absolwentem Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, uczył w Zespole Szkół Drzewnych i Zespole Szkół Leśnych w Biłgoraju. Myśliwym jest od 1981 roku. Jak wspomina, zanim zaczął polować, miał wystarczająco dużo czasu, aby się zauroczyć knieją i tym wszystkim, co w niej można spotkać.
- Przyjemnie jest popatrzeć o wschodzie czy o zachodzie słońca na zwierzynę – wzdycha łowczy Studnicki.
To prawda, później się do zwierząt strzela, ale Studnicki ostrzega, aby nie iść na skróty.
- Polowanie to ostatnia rzecz – podkreśla.
Wola i chęci nie wystarczą. Kandydat na myśliwego musi odbyć przynajmniej roczny staż, zazwyczaj w kole łowieckim, choć może też w którymś z Ośrodków Hodowli Zwierzyny.
- Bo myśliwy, to nie może być osoba przypadkowa – dodaje Studnicki. – To nie może być ktoś, kto pójdzie na polowanie i narobi „bigosu”.

Trening czyni mistrza
Przez cały rok stażysta dokarmia zwierzynę, buduje np. paśniki, może zostać zatrudniony przy budowie ambon myśliwskich, bierze udział w polowaniach (na razie tylko w nagance). Jednym słowem poznaje myśliwski fach od podszewki. Gdy już koledzy myśliwi uznają, że wie na tyle dużo, iż nie będą się za niego za bardzo wstydzić, przychodzi czas na egzamin. Po jego zdaniu kandydat na myśliwego występuje do Komendy Wojewódzkiej Policji o zezwolenie na broń. Kiedy już takowe uzyska, zaopatrzy się w narzędzie do odstrzału i wszystkie inne akcesoria, może zasilić szeregi myśliwych.
Od rozpoczęcia stażu do uzyskania pozwolenia na broń upływa zazwyczaj ok. 1,5 roku. Jednym może wydawać się, że to zbyt długo, ale wytrawni myśliwi powiedzą, że 1,5 to zaledwie wstęp, potrzebny do tego, aby uczyć się myśliwskiego rzemiosła. A w zakres tego wchodzi dbałość o zwierzynę, budowa wspomnianych urządzeń służących do jej dokarmiania, wiedza niezbędna do tego, aby wiedzieć jak zachować się na polowaniu. Stażysta zdobywa też podstawowe informacje, które pozwolą mu uniknąć w przyszłości dosyć dotkliwych kar. Potrafi wyselekcjonować zwierzę do odstrzału (najlepszych okazów się nie strzela, chodzi bowiem o to, aby przekazywały swoje geny).

Myśliwi są bardzo czuli na punkcie tradycji. I nie darują, choćby bowiem zdarzył się najlepszy strzelec, wyposażony w najbardziej nowoczesną broń, a niechby i taki, któremu niezwykle dopisuje szczęście, braku wiedzy nie odpuszczą i takiego bezlitośnie wyśmieją. Laik nie ma najmniejszych szans, myśliwym wystarczy kilka minut, czasem znacznie mniej, aby się zorientowali z kim mają do czynienia. Wystarczy, że taki nie wie, co to „słuchy”, „komora”, kiedy byk jest „łojny”, kiedy „kraśny”, a kiedy „spadły” itp., a już na szacunek koleżeństwa liczyć nie może. A gdy jeszcze zmarnuje strzał, bądź strzeli zwierzę, ale w taki sposób, że narazi je na nadmierny ból i wyrządzi niepotrzebne szkody, myśliwi drugi raz na polowanie nie będą chcieli go zabrać.

Trzeba jednak przyznać, że pod tym względem i tak jest nowicjuszowi łatwiej, niż to drzewiej bywało.

Darz Bór
Na polowaniu wybierano króla pudlarzy (to nieszczęśnik, który mimo stuprocentowych okazji nie trafia do celu). Takiego delikwenta traktowano docinkami, ale też sadzano na gałęziach np. sośniny. Stosik podpalano. Tak wędził się nieborak, a bywało zapewne, że i nieraz porcięta delikatnie się zatliły. Dopiero wtedy miał odpuszczone. Do następnego polowania.
Kto zaś nie znał tradycyjnych wyrażeń, określeń łowieckich, był kładziony na ubitego zwierza i przyjmował razy na gołe ciało (wiadomo w którą część) kordelasem.

Jak zauważają autorzy pracy zbiorowej pt. „Łowiectwo” (Państwowe Wydawnictwo Rolnicze i Leśne, Warszawa 1989), polowanie to rodzaj „obrzędu, oddającego hołd zwierzynie i kniei. Do takich ceremoniałów należy przede wszystkim pokot, chrzest myśliwski i wręczanie złomu”.
Pokot kończy polowanie, jest to przegląd pozyskanej zwierzyny, którą układa się na gałęziach np. świerczyny, co dziesiąta sztuka jest wysunięta o 1/3 swej długości. Ważna jest w tym przypadku kolejność, w jakiej układa się zwierzynę. Powinna być następująca: duże drapieżniki (wilk, ryś), byki, łanie, cielaki, daniele, dziki, sarny, lisy, jenoty, kuny, zające, pióro (ptactwo).

Upolowanego zwierza trzeba też należycie pożegnać: sygnaliści powinni odtrąbić pożegnanie z knieją. Dla każdego gatunku, sygnał jest inny (np. „jeleń na rozkładzie”, „dzik na rozkładzie”, „pióro na rozkładzie”). Po polowaniu są wybierani król i wicekról (czasami nawet dwóch). Otrzymują medale.
Nieodłącznymi elementami łowieckiego obyczaju są chrzest (gdy myśliwy strzelił pierwszą sztukę zwierzyny) i pasowania (to przy okazji, gdy myśliwy „po raz pierwszy pozyskał grubego zwierza”). Jak podają autorzy „Łowiectwa”, odbywa się to w sposób następujący: kandydat składa ślubowanie, klęka na lewe kolano (lewa ręka jest wsparta na broni). Prawa dłoń myśliwego spoczywa na strzelonej zwierzynie. Prowadzący polowanie lub najstarszy myśliwy dotyka kordelasem rany zwierzęcia, następnie kreśli ostrzem krzyż na czole pasowanego, czy też tego, który jest pasowany na „rycerza św. Huberta”.

Jeśli na polowaniu „bór darzy”, czyli myśliwy strzelił zwierzynę, zostaje mu wręczony „złom”, czyli np. gałązka jedliny, świerczyny (dopuszcza się, aby złomem była inna roślina, rosnąca jak najbliżej martwej zwierzyny). Prowadzący polowanie lub też kolega myśliwego powinien odłamać (nie wolno używać noża) gałązkę, wetknąć ją w pysk zwierzęcia. Drugą gałązkę trzeba delikatnie zamoczyć w krwi (farbie) zwierza, a później podać (lewą ręką) myśliwemu na kordelasie lub na kapeluszu. Myśliwemu należy uścisnąć (serdecznie, choćby nie wiadomo jak wielka była zazdrość z powodu powodzenia kolegi) dłoń i wypowiedzieć słowa „Darz Bór”. Otrzymaną gałązkę myśliwy mocuje przy kapeluszu.

Jest cały szereg przesądów, w myśl których „Bór zdarzy”, albo nie. Jeśli myśliwy zobaczy wcześniej kobietę z pustymi wiadrami, o szczęście na polowaniu niezwykle trudno (w zasadzie to niemożliwe). Szczęściu można jednak pomóc. Jak powiadał śp. Jerzy Polski, prezes Koła Łowieckiego „Świt” z Zamościa, jedno z myśliwskich przykazań brzmi tak: - Złap dziewczynę za kolano, wyżej mierz, a będzie większy zwierz.
Nie ma myśliwego, który, jeśli będzie taka okazja, nie dostosuje się do tej rady.

Polowanie rodzinne
Mirosław Kaleniuk jest łowczym w Towarzystwie Racjonalnego Polowania, Koła Łowieckiego nr 58 w Zamościu. To najstarsze koło łowieckie na Zamojszczyźnie.
- Tradycje sięgają roku 1920 – wyjaśnia Mirosław Kaleniuk. - Wtedy w Zamościu rozpoczęło działalność Towarzystwo Racjonalnego Polowania (podobne były także w innych regionach Polski).

W czasie wojny działalność TRP została zawieszona, ale po wojnie myśliwi znowu się skrzyknęli. TRP działało do roku 1953, kiedy to stowarzyszenia takie jak to rozwiązano. Od tego czasu myśliwi z TRP funkcjonowali pod szyldem Koła Łowieckiego nr 1 (po kolejnych reformach administracyjnych cyfry się zmieniały). Z TPR powstało też Koło Łowieckie nr 59 „Słonka” w Zwierzyńcu.
W Zamościu z czasem powrócono do pierwotnej nazwy. Jerzy Pol jest skarbnikiem koła, a Krzysztof Wróblewski jego sekretarzem. Podobnie jak Kaleniuk podkreślają, że skoro nazwa ich koła jest taka, a nie inna, to rzecz jasna zobowiązuje.
- W niektórych regionach zwierzyna po polowaniu jest układana na prawym, a w innych na lewym boku. U nas na prawym – wyjaśniają.
W TRP jest sygnalista, który potrafi odtrąbić sygnał pożegnania z knieją dla każdego pozyskanego zwierzęcia.

Pudlarzy w TPR nikt nie wędzi na sośninie. Mirosław Kaleniuk wtyka takim za opaskę kapelusza uschnięte gałązki. Składa też gratulacje: - Spotkania ze zwierzyną.

Znakomita większość myśliwych (w TRP jest ich 59) pochodzi z rodzin, w których tradycje myśliwskie sięgają kilku pokoleń. Co więcej, polują ojcowie i synowie.
- Moja wnuczka Ala ma 7 lat. I też chodzi na polowania – cieszy się Mirosław Kaleniuk. Łowczy wcześniej swoją pasją zaraził syna – Sebastiana.
- Ala bardzo dużo wie o zwyczajach myśliwskich, zna przepisy – zachwyca się Mirosław Kaleniuk.

Co ty wiesz o polowaniu…
Kaleniuk w polowaniach uczestniczy od 7 roku życia. Polował jego tato – Tadeusz, więc i on chciał.
- Gdy mnie nie zabierał na polowania, płakałem – śmieje się Kaleniuk.
Krzysztof Wróblewski jest myśliwym od 1991 roku. Ale i w jego rodzinie, podobnie jak u Kaleniuka, tradycje myśliwskie sięgają pokoleń.
- Tato polował – wyjaśnia Krzysztof Wróblewski. – Gdy miałem 5 lat już chodziłem z nim na kuropatwy, kaczki, zające.
- Zające – wzdycha Jerzy Pol, skarbnik Koła Łowieckiego nr 58. – Gdzie te czasy?
Jego tato wprawdzie nie polował, ale pana Jerzego już od dzieciństwa jakoś dziwnie ciągnęło do lasu. Gdy np. był w wojsku na poligonie, za nic nie chciał wracać do koszar. Mieszkał wśród lasów w chatce i bardzo mu to przypadło do gustu. Chciał zostać leśnikiem, ale widać nie było mu to pisane.
Myśliwi z rozrzewnieniem wspominają czasy, gdy podczas polowania w pokocie leżało 100, albo i więcej zajęcy.
- A strzelało 15 myśliwych. Na polowaniu nie sposób było się nudzić – opowiada Mirosław Kaleniuk.
Teraz takie czasy nastały, że zajęcy jest jak na lekarstwo. Trzeba je kupować.
Od 9 lat w zamojskim okręgu nie można polować na łosie. Myśliwi jednak mają nadzieję, że już w przyszłym roku to się zmieni.
- Bo łosi jest coraz więcej, więc pewnie będzie zgoda na odstrzał – domyśla się Kaleniuk.

Chociaż lasy Zamojszczyzny może nie należą do takich, które są szczególnie bogate w zwierzynę łowną, to i tak myśliwi mają powody do dumy. Również ci z Koła Łowieckiego nr 58.
- W 2007 roku myśliwi z naszego okręgu otrzymali 23 medale za trofea, a koledzy z naszego koła – 9. W roku 2008 nasze koło miało już 12 medali, na 18 dla całego okręgu. W tym roku mamy już 15 trofeów medalowych – wylicza Mirosław Kaleniuk.
Towarzystwo Racjonalnego Polowania, podobnie jak inne koła łowieckie gości też myśliwych z zagranicy (głównie z Portugalii i Hiszpanii). Ale nie tylko.
W okolicach Luchowa (tam TRP ma też swoje tereny łowieckie; w sumie dzierżawi ok. 17 tys. hektarów w okolicach Zamościa i Tarnogrodu) pokaźnego kozła ustrzelił Bogusław Linda.
- Powiem krótko, pan Linda to prawdziwy zawodowiec. Bardzo dobry myśliwy, świetny strzelec – opowiada Mirosław Kaleniuk.
Myśliwi zachowali o koledze Bogusiu jak najlepsze wspomnienia. Bo świetnie sprawdzał się w czasie polowania, ale także i później, podczas poczęstunku.
- To przesympatyczny człowiek – nie może się nachwalić Bogusława Lindy łowczy Kaleniuk. I nie ukrywa, że on, jak również inni koledzy myśliwi nie mogą się doczekać, kiedy też Bogusław Linda znowu przyjedzie z nimi zapolować.
- Już cztery razy miał u nas odstrzał (czyli tyle razy prosił i dostał zgodę na polowanie w obwodzie TRP – przyp. red.), ale nie przyjechał – mówi Mirosław Kaleniuk.

Myśliwi z TRP najbardziej dumni są z odznaczeń: „ZŁOM” i „Medal im. św. Huberta”, przyznawanych przez Naczelną Radę Łowiecką.
Kaleniuk dodaje, że wszystkie koła łowieckie z Zamojszczyzny wypadają bardzo dobrze na tle kraju.
- Koło Łowieckie nr 58 jest bardzo dobre – zapewnia łowczy okręgowy Henryk Studnicki. Ale i potwierdza opinię Kaleniuka, co do innych kół z Zamojszczyzny.
- Nie tylko strzelamy. Prowadzimy zajęcia w szkołach, dokarmiamy zwierzynę, hodujemy w wolierach, ale też kupujemy – mówi łowczy Studnicki.

Dieta cud
Tak po prawdzie, to na łowiectwie dorobić się nie można. Trzeba do tego interesu dołożyć. I to sporo.
Zasada jest prosta – zwierzyna na wolności stanowi własność skarbu państwa, a pozyskana – koła łowieckiego, na którego terenie została strzelona. Jeśli myśliwy chce zachować np. tuszę dzika dla siebie – płaci (w niektórych kołach łowieckich jest to 2 zł, w innych 4 zł za kilogram). Myśliwy może też dostarczyć tuszę do punktu skupu. W takim przypadku dostaje rekompensatę, grosze – akurat tyle, ile mniej więcej wydał na paliwo. Gdy myśliwy chce zapolować w obwodzie innego koła łowieckiego niż to, do którego należy, płaci jak dewizowiec. Na przykład za strzelenie rekordowego kozła może to być nawet 8 tys. zł (wszystko zależy od tego, jak dorodnego osobnika upolował). Jeśli jest zaproszony, poluje według takich zasad, jak myśliwi tego koła.

Można więc się śmiać, ale gdy na to od innej strony spojrzeć, to sporo prawdy jest w pewnym dowcipie, z którego wniosek płynie taki, że najlepiej chudnie się na diecie, której podstawę stanowi dziczyzna.

 










R E K L A M A






Wi�cej informacji na stronie Kroniki Tygodnia

Skomentuj ten artykuďż˝
Drukuj ten artykuďż˝
Informacje opublikowane przez INTERNAUT�W nie podlegaj� cenzurze. W�a�ciciele i redakcja Roztocze Online (www.roztocze.net) nie odpowiadaj� za tre�� zamieszczonych materia��w, tekst�w i komentarzy! Je�eli zawarto�� nie jest sygnowana "Roztocze.net" lub "Roztocze Online" to g�owna tre�� tej strony jest kopi� znalezion� w sieci internet.
Kopie stron internetowych zamieszczane w serwisie roztocze.net s� dokonywane za zgod� autor�w lub w�a�cicieli, serwis roztocze.net nie jest w �aden spos�b zwi�zany z autorami takich strony i nie odpowiada za ich tre��.
Komentarze [do g�ry]
dodaj komentarz
[Kontakt] [Reklama] [© Roztocze Online - roztocze.net - P.Rogalski & R.Moteka]