|
Ukraińcy domagają się od Polski odszkodowań za Akcję „Wisła” w 1947
roku, w czasie której ich rodacy byli przesiedleni na tzw. ziemie
odzyskane.
Światowy
Kongres Ukraińców szuka w tej sprawie sprzymierzeńców w Unii Europejskiej oraz
Organizacji Narodów Zjednoczonych. Nie wspomina jednak o kilkunastu tysiącach
Polaków, którzy zostali przez nich bestialsko zamordowani, ani o tysiącach,
którzy aby uniknąć śmierci musieli uciekać z terenów położonych na wschód od
Bugu
Apel Światowego Kongresu Ukraińców został opublikowany ponad tydzień temu. Już wywołał sporo kontrowersji. Również wśród samych Ukraińców. Byli żołnierze Wojska Polskiego są zgodni: gdyby nie przesiedlenia, tragedia na terenach przygranicznych trwałaby znacznie dłużej.
Polakom - śmierć!|
Już w 1929 roku została założona Organizacja Ukraińskich
Nacjonalistów (OUN). Opracowano dekalog nacjonalisty. Jego „złagodzoną wersję”
cytuje Grzegorz Motyka, który w swoich publikacjach często bardziej koncentruje
się na krzywdach doznanych przez Ukraińców niż przez Polaków. Autor książki „Tak
było w Bieszczadach” przytacza ostatnie przykazanie nacjonalisty ukraińskiego. A
brzmi ono tak: „Będziesz dążył do rozszerzenia siły, sławy, bogactwa i obszaru
Państwa Ukraińskiego drogą ujarzmienia cudzoziemców”. Słowo cudzoziemiec,
oznaczało przede wszystkim Polaka. Dekalog obowiązywał na terenach ówczesnej II
Rzeczpospolitej.
Jeszcze przed wybuchem II wojny
światowej Ukraińcy palili polskie wsie, zabijali. Polacy organizowali akcje
odwetowe.
Później, podczas okupacji Ukraińcy
chętnie angażowali się po stronie Niemców (policja, SS-Galizien). Mieli
nadzieję, że ci się im odwdzięczą, akceptując stworzenie państwa ukraińskiego.
Siłą zbrojną OUN była UPA. Jeden z rozkazów UPA nakazywał niszczenie wszelkich
polskich domów. „Zwrócić uwagę jeszcze raz na to, iż jeśli ostanie się cokolwiek
polskiego, to Polacy będę zgłaszali pretensje do naszych ziem” – tak brzmiało
jedno z zaleceń dowództwa UPA. Były i inne. Na przykład instruujące, w jaki
sposób zabijać Polaków. Tak więc należało im odrąbywać ręce i nogi, bądź po
prostu rżnąć piłami. Ciał zamordowanych nie należało grzebać, ale pozostawiać
je, tak, aby inni Polacy mogli je zobaczyć.
Wprawdzie były też zalecenia, aby przed wysiedleniami
polskich miejscowości uprzedzać ludność polską, a po ostateczne środki sięgać,
kiedy Polacy dobrowolnie nie zechcą opuścić swoich domów. I jeszcze jedno,
nakazywano mordować tylko mężczyzn. W praktyce oddziały UPA tak subtelne nie
były. W ciągu dwóch miesięcy (lipiec-sierpień 1943 roku) na Wołyniu Ukraińcy w
bestialski sposób zamordowali prawie 17 tys. Polaków. Ci, którym udało się
uciec, przybyli na tereny m.in. Lubelszczyzny. Ale i tu nie byli bezpieczni.
Wielu z Wołynia ocaliło życie tylko dlatego, że zostali wywiezieni do Niemiec na
przymusowe roboty.
Polacy podejmowali akcje, ale odwetowe, co przyznają nawet przychylni Ukraińcom historycy.
Straszni sąsiedzi
Bynajmniej ukraiński terror nie skończył się wraz z okupacją hitlerowską.
- Nie było innego wyjścia, aby
zapobiec rzezi, konieczne było wysiedlenie Ukraińców – mówi podpułkownik
Stanisław Pendyk, uzasadniając konieczność przeprowadzenia Akcji „Wisła” w 1947
roku. Pendyk (81 l.) pochodzi ze wsi Stanisławczyk, w powiecie Brody,
województwie lwowskim. W czasie Akcji „Wisła” służył w 30 pułku piechoty w
Rzeszowie. Brał udział w walkach z bandami UPA, wysiedlaniu Ukraińców.
Niechętnie o tym dzisiaj opowiada, ale kiedy słyszy o roszczeniach Ukraińców,
nie potrafi opanować wzburzenia. Ale jeszcze raz podkreśla, że bez wysiedleń
niemal niemożliwa była walka z UPA. Ludność cywilna bowiem stanowiła naturalne
zaplecze (udzielała schronienia, dawała wyżywienie) dla oddziałów ukraińskich. A
na zarzut, że Polacy walczyli z ludnością cywilną odpowiada, iż ci właśnie
cywile, byli przecież najczęściej żołnierzami UPA.
Małżonka podpułkownika, Teresa Pendyk jest bardziej
ostrożna w ocenach. Pochodzi z Nieledwi. Jak mówi, do w latach 30. stosunki z
Ukraińcami układały się poprawnie, nawet lepiej niż poprawnie. Jej rodzice
przyjaźnili się np. z rodziną Kucyków. – Tuż przed wojną sielanka się skończyła,
a za okupacji było jeszcze gorzej – wyjaśnia.
Przypomni tylko dwa zdarzenia. Pierwsze, kiedy Ukraińcy zapędzili do stodoły kilkunastu Polaków i podpalili budynek. To wtedy zginęła koleżanka p. Teresy, Zuzanna Momot. Pani Teresa przypomina też o napadzie ukraińskiej bandy na rodzinę Dziubińskich. Po nim banderowcy uprowadzili ok. 13-letnią córkę Dziubińskich. Przetrzymywali ją w piwnicy w Podhorcach. Dziewczynka była bita i gwałcona. Zmarła.
Wojna z UPA
Opinię Pendyka potwierdza pułkownik Jan Łuźniak. Gdy mowa o odszkodowaniach chętnie przypomina zdarzenia jeszcze z roku 1947, których był świadkiem. Służył wtedy w wojsku, był kapralem, szefem kompanii.
Dorohusk. Kompania Łuźniaka szykowała się do wymarszu. Gdy żołnierze już byli za wsią, zaczęto do nich strzelać.
-
Seria z rkm-u. Czterech naszych zginęło na miejscu, sześciu zostało rannych.
Ukraińcy strzelali nam w plecy. Myśleli, że nie zauważymy skąd padły strzały,
ale jeden z naszych zaobserwował, że strzelano spoza krzewu, rosnącego obok
stodoły. Poszła tam wiązka granatów. Domyśliliśmy się, że ze stodoły do krzewu
prowadzi tunel. Podpaliliśmy wejście, wrzuciliśmy zapaloną słomę. Banderowcy
dusili się dymem. 14 wyszło, poddali się. 5 popełniło samobójstwo. Później
sprawdziliśmy co było w bunkrze. Znaleźliśmy duży skład broni oraz amunicji,
były też zapasy żywności. I takie bunkry były w każdej wsi – opowiada.
Horodło. Podczas przemarszu przez wieś, jeden z żołnierzy
wszedł do stojącego przy drodze domu. Chciał tylko napić się wody. Długo nie
wracał. W końcu zniecierpliwieni koledzy postanowili sprawdzić co się z nim
dzieje. Do budynku wszedł kolega Łuźniaka, kapral Gaca. W domu, na zydlu
siedział starzec. Twierdził, że żadnego żołnierza nie było. Gaca kazał mu wstać.
Spod płaszcza Ukraińca wypadła zakrwawiona siekiera. Martwy żołnierz leżał pod
sofą.
Gaca wyprowadził starca na dwór, związał go postronkiem, ten przymocował do uprzęży konia. Łużniak nie pamięta jak długo koń ciągnął Ukraińca po ziemi. Starzec skonał. Żołnierze podpalili dom. Wtedy przez okna z budynku zaczęli wyskakiwać ludzie. Żołnierze do nich strzelali. Zabili syna i zięcia starego, córkę ranili. Ta później opowiedziała, jak było. Gdy żołnierz pił wodę, jej mąż go zabił, ciosem siekierą prawie odrąbał mu głowę.
Rezuny,
bestie...
Żołnierze polscy, którzy brali udział w Akcji „Wisła” przyznają, że to m.in. przypadki jak ten z Horodła zdecydowały, iż postępowali tak, a nie inaczej.
- Tutaj
nie można było odróżniać, kto jest cywilem, a kto w UPA. Śmierć groziła nam na
każdym kroku. Nikt nie wiedział, czy przeżyje dzień. To nie było zwykłe
wysiedlanie ludności, ale prawdziwa wojna – podkreślają. – To prawda, nie
każdego schwytanego Ukraińca, członka UPA prowadziło się do aresztu i nie zawsze
kończyło się sądem. Często egzekucje wykonywano na miejscu, bez wyroku.
Łuźniak ciągnie swoją opowieść.
Kryłów. Z Wrocławia
przyjechało małżeństwo z dzieckiem, trzy- może czteroletnią dziewczynką. Mieli
zakładać we wsi szkołę. Nie przybyli po to, aby walczyć z Ukraińcami. Niczego
złego nie zrobili. A jednak zostali zamordowani. Mąż, na nim żona, na niej ich
córka zostali położeni na stole i do niego przywiązani drutem kolczastym. W ich
ciała była wbita kosa.
Nieledew. Banderowcy
zamordowali rolnika. Pewnie przed wojną był ich dobrym sąsiadem. Przywiązali go
do kieratu. Nogi i ręce miał porżnięte piłą.
Sobibór. Tam stacjonował oddział Łuźniaka. Na noc wystawiono warty. Rano znaleziono dwóch żołnierzy uduszonych powrozem. Poszukiwania trzeciego, czyli kaprala, który rozprowadzał warty, trwały trzy dni. Znaleziono go w lesie. Zginął od strzału w tył głowy. Na drzewie, do którego Ukraińcy przywiązali go drutem kolczastym były jeszcze fragmenty mózgu. Ale nie zginął od razu. Zanim przyszła śmierć poddano go torturom. Miał wyłupione oczy, obcięte uszy, język. Leżały obok.
Inny przypadek z Sobiboru. Żołnierzy zawiadomiono, że we wsi są banderowcy. Niestety, kiedy Polacy przybyli na miejsce, mogli tylko opisać tragedię. Ukraińcy zabili chłopca i dziewczynkę. Żadne nie miało więcej niż 5 lat. Zamordowano ich w sposób straszliwy. Dzieci jeszcze żyły, kiedy Ukraińcy, nadziali je na sztachety płotu. Konały w mękach.
- To prawda, też zabijaliśmy,
ale w walce. A jeśli nie, to nawet nie słyszałem o przypadkach takiego znęcania
się nad ludźmi – mówi Łuźniak.
Tymczasem taki sposób zadawania śmierci był niejako programowo realizowany przez UPA. Jej dowództwo wprost zalecało, aby morderstwa były spektakularne. Chodziło o to, aby przestraszyć pozostałych Polaków i zmusić ich do opuszczenia gospodarstw. Miało to też być ostrzeżenie dla tych, którzy chcieliby pomagać polskim oddziałom Armii Krajowej, czy później Wojska Polskiego.
Efekt często był odwrotny. Ukraińcy, przerażeni bestialstwem UPA, niejednokrotnie pomagali Polakom. Ostrzegali ich, informowali, gdzie stacjonują oddziały banderowców. Można tylko ubolewać, że podczas Akcji „Wisła” wysiedlano wszystkich.
Wysiedlenia
Akcje wysiedleńcze przeprowadzane przez polskich żołnierzy na długo pozostaną w pamięci Ukraińców.
Stefania Łewko z Wierzbicy (gm.
Lubycza Królewska): - Żołnierze ostrzelali Wierzbicę pociskami zapalającymi i
wieś zapłonęła jak pochodnia. Ludzie rzucili się ratować swój dobytek, wyrzucali
rzeczy na podwórze, ale żołnierze z powrotem wrzucali je w ogień. Potem zaczęli
zaganiać wszystkich do młyna. Wieś płonęła, gdzieniegdzie rozlegały się strzały.
Zabrali mojego 14-letniego brata, Jakowa. Wybiegłam z płonącej chaty. Polak
chwycił mnie i zaczął bić po twarzy. Nagle, jakby od niechcenia, powiedział:
„Słyszysz jak twój brat się smaży?” Przyszli żołnierze i zabrali nas do młyna, z
którego dochodził płacz dzieci – Polacy znęcali się tam nad ludźmi. Potem
zaczęli nas sortować; młodych wyprowadzali na dwór, kładli jeden obok drugiego
twarzą do ziemi i chodzili po nich. Niektórzy nie wytrzymywali tych tortur i
popełniali samobójstwa – rzucali się pod młyńskie koło, topili się.
Po trzech dniach nas wypuścili. (...) Kiedy wyszłam z
młyna, pierwszą rzeczą, którą zobaczyłam, była sterta trupów ułożona na rozstaju
dróg. Wszędzie tam, gdzie jeszcze parę dni temu stały zabudowania gospodarskie,
teraz widać było tylko zgliszcza i sterczące kominy, jakby wyrosłe z ziemi. W
miejscu, gdzie stała chata mojej ciotki, zobaczyłam martwego bratanka, Wasyla
Faszczuka. Rozerwał się granatem. Nie miał go kto pochować.
Jewhenia Iwanyk z Honiatynia (gm. Werbkowice): - Kiedy nas wywozili na naszych polach zieleniły się łany żyta i pszenicy, w ogrodach dojrzewały pierwsze warzywa, a drzewa w sadach były obsypane kwieciem (...). Po maminej twarzy płynęły wielkie jak groch łzy. (...) I jeszcze raz pobiegła do chaty (...) pocałowała ikonę, którą zostawiła, żeby ochraniała dom, a potem ściany, drzwi, próg. (...) Ojciec stał na podwórzu jak skamieniały. Wsiadł na wóz, przeżegnał się i pojechaliśmy.
W obozach
Wysiedlani najpierw sami jechali lub byli przewożeni do obozów, w których oczekiwali na dalszy transport.
Jewhenia Iwanyk z Honiatynia trafiła do obozu w Werbkowicach, gdzie, jak zapamiętała, „obok stacji było około pół morga ogrodzonego drutem pola”.
Tak pobyt w obozie werbkowickim obozie zapamiętała Tekla Liborska z Czerniczyna: - Wśród nas chodzą żołnierze i jacyś panowie po cywilnemu, kontrolują, zabierają młodych, biją, aresztują, kradną. (...) Od ludzi z Honiatynia dowiadujemy się, że nasz brat Jewhen wpadł w ręce bezpieki. (...) Drzemy i wyrzucamy do rzeki ukraińskie dokumenty, świadectwa i zdjęcia. Żołnierze zabierają mnie i siostrę – jesteśmy aresztowane.
Przesiedleńcom, zwłaszcza tym, którym na dalszy transport przyszło oczekiwać np. w Bełżcu, stawał przed oczami los Żydów, którzy w Bełżcu kończyli swoje życie. Dodatkowo wrażenie potęgowała świadomość, że przynajmniej niektórzy z Ukraińców wiedzieli, iż to właśnie ich rodacy bardzo gorliwie pomagali Niemcom mordować Żydów i Polaków w obozie śmierci.
Oto relacja Iwana Bidy z Korhyni (gm. Jarczów): - Podczas niemieckiej okupacji Bełżec był jednym z miejsc zagłady Żydów (...) Widziałem raz transport ze ściśniętymi ludźmi w wagonach z zakratowanymi otworami. Do takich wagonów zaganiali teraz aresztowanych (Ukraińców – przyp. red.), tylko okrzyki brzmiały inaczej.
Na obcej ziemi
Ukraińcy byli przesiedlani m.in. na Dolny Śląsk, Warmię i
Mazury. Do nowej ojczyzny. Już na początku podróży, bywało, że w sposób
brutalny, przyzwyczajano ich do myśli, że od tej pory nie są już Ukraińcami,
Łemkami, ale obywatelami Polski Ludowej.
Z obozu w Bełżcu wyjechała pociągiem na Zachód Anna Prytuła z Wierzbicy: - Do Bełżca dojechaliśmy późnym wieczorem. Na drugi dzień podstawili wagony i kazali się do nich załadować. W naszym wagonie było osiem rodzin z Wierzbicy. Zdawało się, że już mieliśmy ruszać, ale nie – chcą jeszcze kogoś aresztować. Doszli do mnie (Prytuła przytacza rozmowę z żołnierzami – przyp. red.). – Imię i nazwisko. – Anna Prytuła. – Raczej Przytuła. – Nie, Prytuła. – To wczoraj byłaś Prytuła, dziś jesteś Przytuła, a jutro będziesz Przytulska!
Jewhenia Iwanyk trafiła z rodziną do Giżycka.
Tak opisuje pierwsze wrażenia: - Jak tylko zaczęło świtać,
ludzie wyglądali przez szpary w wagonach (...). I zobaczyli wielką wodę (...)
jakiej nigdy w życiu jeszcze nie widzieli. Wzniósł się płacz i lament, wszyscy
byli przekonani, że nas tu potopią.
Nowych mieszkańców przyjmowano z nieufnością. Miejscowym (o ile tak można ich nazwać, bo przecież sami niedawno przybyli z Kresów) zapowiedziano, że w transportach są przywożeni do ich miejscowości ukraińscy bandyci, lub po prostu banderowcy.
Hryhorij Seniuta z Lisek, przyjechał na Mazury, tak zapamiętał pierwszy dzień: - Mieszkańcy otoczyli nas i patrzyli, jakich to bandytów przywieziono. Jakże się zdziwili, kiedy zamiast bandytów zobaczyli biedną, obdartą, nieszczęsną rodzinę z małymi dziećmi.
Szcze ne wmerła Ukraina...
Ukraińcy starali się nie mówić w swoim języku. Porozumiewali się nim tylko między sobą. Zmuszano ich do przyjęcia chrztu w obrządku kościoła rzymskokatolickiego. W przeciwnym razie odmawiano udzielenia np. sakramentu małżeństwa. Zresztą, w „nowej” ojczyźnie, nie było księży prawosławnych czy greckokatolickich. Jednak z pokolenia na pokolenie w ukraińskich czy łemkowskich rodzinach były i są przekazywane tradycje związane z historią narodu. Potrzeba było czasu, aby ci z Wołynia, Lubelszczyzny, Podkarpacia zostali w pełni zaakceptowani takimi, jacy naprawdę są, bez odwoływania się do oskarżeń wynikających ze znajomości historii lub braku takiej znajomości.
Ze wspomnień Marii Łucaś ze Żniatyna (gm.
Dołhobyczów): - Syn przyszedł do mnie i powiedział, że nauczycielka kazała
zrobić ilustrację, jak banderowcy napadają na samochód, którym jechał generał
Świerczewski – mieli być z pałkami, zarośnięci. Syn z płaczem pytał, jak ma to
narysować. Powiedziałam, żeby zrobił wedle życzenia nauczycielki – samochód,
pełno wojska, a naszych partyzantów z pałkami i brodami; niech mają, skoro tego
chcą. (...) Syn miał iść na religię. Po południu wyszłam w pole, a on siedzi na
kopcu. „Synku co tu robisz?” Rozpłakał się: „Mamo, mieliśmy się nauczyć Wierzę w
Boga Ojca, a ja nie umiem (po polsku – przyp. red.) i dlatego nie poszedłem na
religię. Powiedziałam, żeby na drugi raz się nauczył, a jak nie, to niech powie
po ukraińsku.
Tak było pod koniec lat 40. Już na początku lat 50. mniej istotne znaczenie miało to, czy ktoś jest Polakiem, Białorusinem, Litwinem, czy Ukraińcem.
Maria Łucaś: - Trzy lata później drugi syn po powrocie z lekcji religii powiedział, że ksiądz pytał kto zna na pamięć Wierzę w Boga Ojca. Okazało się, że nikt nie umie. „A ja wstałem i powiedziałem po ukraińsku. Dostałem piątkę”.
Teraz ukraińskie roszczenia ponownie stają się pretekstem, aby Polacy i Ukraińcy zaczęli mówić językiem konfrontacji.
Piotr Tyma, prezes Związku Ukraińców w Polsce uspokaja, że roszczenia nie będą miały charakteru masowego, a o odszkodowania zwróci się co najwyżej kilkaset osób, jak podkreśla prezes Tyma, bądź co bądź obywateli przedwojennego, jak też obecnego państwa polskiego. Wbrew temu, co mówi prezes Tyma, trudno jednak wykluczyć, że o mienie pozostawione np. na Zamojszczyźnie nie upomną się spadkobiercy wysiedlonych. Prezes Tyma daje też do zrozumienia, że ze strony polskiej potrzebne jest potępienie Akcji „Wisła”.
PS.
Relacje wysiedlanych Ukraińców były publikowane w Kwartalniku Historycznym
„Karta” (nr 49, 2006 rok).
Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|