|
350 lat trzeba było czekać, ale się opłaciło. W sobotę Zamość
świętował rocznicę odparcia szwedzkiej nawały. I to jak!
Bez różnicy, człek biedny czy bogaty, ładny czy mniej urodziwy, błękitnokrwisty czy potocznej proweniencji mógł za darmo najeść się do syta. Chwała za to Szwedom, chwała Janowi Sobiepanowi Zamoyskiemu. A muzealnik Henryk Szkutnik, współautor całego wydarzenia, jeśli nie na pomnik, to na pewno zasłużył na prezydenturę Zamościa. Choćby przez jedną kadencję
W
ub. sobotę (16 września) szwedzki ogień artyleryjski raził niemiłosiernie, ale z
armat małego kalibru, kompletnie nieprzydatnych do burzenia murów. Szwedzi słali
poselstwa, z których ordynat Jan Sobiepan Zamoyski (w tej roli Mirosław
Bańkowski, pracownik Muzeum Arsenał) nic sobie nie robił. Tym bardziej, że radą
służył Onufry Zagłoba (Zbigniew Choma, też pracownik muzeum). W atmosferę
oblężenia Zamościa przez Szwedów wprowadzał Stefan Szmidt, dyrektor
Biłgorajskiego Centrum Kultury (aktor; zagrał m.in. w filmach „Ogniem i mieczem”
oraz „Potop”). Głos mu drżał, to zapewne z emocji. Na Rynku Wielkim przed
Ratuszem, pod murami obronnymi rycerstwo dokazywało cudów. Kunszt fechtunku
zaprezentowały m.in. warszawski Regiment Króla Jegomości Władysława IV
(przewodzący mu Karol Karasiewicz, wcielił się w rolę króla Szwedów Karola X
Gustawa), Bractwo Rycerskie Ziemi Lubelskiej, Warchoły i Pijanice z całej
Polski, Kompania Wolontarska z Kielc, Rota Piechoty Polskiej. Na placu boju
stanęli zbrojni z Zamojskiego Bractwa Rycerskiego. Ich dowódca, Andrzej Kudlicki
z Tomaszowa Lubelskiego dowodził obroną twierdzy. Było jak przed 350 laty.
Szwedzi odstąpili od murów Zamościa. Ostatni raz tak świętowano w pamiętnym roku
1939.
Wtedy gwoździem programu była inscenizacja
„Żywych szachów” na Rynku Wielkim. Była to ostatnia, przed wybuchem II wojny
światowej, impreza masowa w mieście. Przedstawienie dobrze wpisywało się w
klimat tamtych czasów. Kraj żył zapowiedzią konfliktu zbrojnego, tak więc
inscenizację, w której Polacy odpierają atak najeźdźców, zorganizowano też
niejako ku pokrzepieniu serc.
Wojna na szachownicy
W „Prawdzie” (tygodniku społeczno-gospodarczym, ukazującym
się w Zamościu, Biłgoraju i Tomaszowie Lubelskim), w wydaniu z 4 czerwca
zamieszczono np. tekst pod znamiennym tytułem “Quo vadis Germania”? Była to
publikacja rozmiarami niewielka, ale bogata w treść. Tekst był odpowiedzią na
wynurzenia Goebbelsa, ministra propagandy III Rzeszy, który napisał artykuł pt.
“Quo vadis Polonia” (“Dokąd idziesz Polsko”). Wypowiedź Josepha Goebbelsa
ukazała się na łamach gazet berlińskich. Publicysta “Prawdy”, gromił Goebbelsa
za to, iż ten “rozjuszony” “wypluwa żółć pod adresem Polski”. Dziennikarz
“Prawdy” takoż przywołał Niemca do porządku i na zadane w tytule pytanie, dał
jasną odpowiedź: Germania zmierza do klęski, jaką zada jej “polski zwycięski
żołnierz”. W tym samym wydaniu gazety jest sprawozdanie z przebiegu zbiórki
pieniędzy na Fundusz Obrony Narodowej. I tak np. robotnicy zwierzynieckiego
tartaku ordynacji zebrali 505 zł. Z kolei rzeźnicy z Zamościa dobrowolnie
“opodatkowali ubój”. Stawki były następujące: 1 grosz od 1 kilograma
wieprzowiny, po 1 zł od 1 sztuki bydła, po 2,50 zł od 1 szt. uboju rytualnego
(do akcji włączyli się też rzeźnicy żydowscy), po 20 gr od cielaka, owcy i kozy.
Rzeźnicy wyliczyli, że w ciągu trzech miesięcy (czyli do września) uzbierają 5
tys. zł.
Jednak lwią część “Prawdy” zajmowały
publikacje nt. mających odbyć się w Zamościu imprez, organizowanych w ramach
“Dni Lubelszczyzny”. “Dni Zamościa” rozpoczęły się 3 czerwca. W programie były
m.in.: pokaz sztucznych ogni, “Noc wenecka” (w parku bogato iluminowanym
sztucznymi ogniami”), spektakle “Kołacze” i “Żeńcy” Szymona Szymonowicza,
koncert Towarzystwa Śpiewaczego “Lutnia”. Najwięcej uwagi poświęcono jednak
partii “Żywych szachów” na Rynku, która miała zostać rozegrana 9 czerwca, a dwa
dni później powtórzona. “Prawda” zachęcała do obejrzenia tego widowiska, które
“daje emocje i nastręcza możliwości efektów słuchowych i wzrokowych”. W rolach
głównych przebrani w XVII-wieczne stroje żołnierze z garnizonu zamojskiego.
Wydrukowano specjalny folder (cena egz. 30 gr za sztukę), którego wydanie
pokryły zapewne koszty reklam lokali gastronomicznych: Kawiarni “Europejskiej”
(obok Kolegiaty), Klubu Rodziny Urzędniczej (ul. Żeromskiego, gmach kina
“Stylowy”), “Winiarni Fresztendika” (podziemia przy ul. Staszica 33),
Restauracji “Centralna” (ul. Żeromskiego 3) i wielu innych.
Partię szachów, jaka została rozegrana na Rynku Wielkim
opracował kpt. mgr Władysław Kolbuszewski, kostiumy zaprojektował prof. Michał
Pieszko, wieże wykonali uczniowie Państwowego Gimnazjum im. Jana Zamoyskiego pod
kierownictwem profesorów Z. Syrka i P. Podkowy. Przygrywał Zespół Teatru
Żołnierskiego Garnizonu Zamość, którego kapelmistrzem był por. Kardaszyński,
całość wyreżyserował st. sierżant Czesław Brykner.
Szachowa rozgrywka rozpoczęła się odegraniem “Bogurodzicy”. Piechurzy zostali obsadzeni w rolach pionów, większość figur szachowych stanowili jeźdźcy. Do każdego ruchu był przypisany tekst. Autorem wszystkich była prof. Halina Rogińska (nauczycielka w Gimnazjum Żeńskim, a po wojnie dyrektorka Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych). Bitwa na szachownicy była poprzedzona prologiem (narada Jana Sobiepana Zamoyskiego z imć Onufrym Zagłobą, pertraktacje ze Szwedami). Gra rozpoczęła się ruchem Szwedów, których piechur (pion) mówił: “Cóż to za kurnik lacki stoi? Co za rycerstwo? Ile zbroi! Wyjdź któryś naprzód! Sprawię łaźnię. Natomiast w finale (partia jest niedokończona, Szwedzi się poddają, rezygnują z oblężenia) Zagłoba wykrzykuje do Zamoyskiego: “Jezus Maryja! Jakem stary/ żołnierz waszmości – śmierć i zgon!/ Tych skurczybyków – pułk psiej wiary,/przywlekę waści pod sam tron!”.
Szwed nam niestraszny Tekst Rogińskiej został przytoczony i tym razem, w
ub. sobotę. Orkiestra Wojskowa tak jak w roku 1939 odegrała „Bogurodzicę”, tyle
tylko, że zamiast żołnierzy na szachownicy stanęli uczniowie Zespołu Szkół im.
Unii Europejskiej w Zamościu. Nad przebiegiem partii szachów czuwał Andrzej
Czochra (pasjonat, nauczyciel gry w szachy, pomysłodawca przedsięwzięcia).
Szachownica przed wojną zajmowała całą powierzchnię
Rynku, oprawa spektaklu była bez porównania większa, ale nie ma się czemu
dziwić. Czasy były inne. Wszak groziła nam wojna. W ub. sobotę było skromniej,
co wcale nie znaczy, że gorzej.
Przed spektaklem
odbyła się sesja naukowa, w której znawcy tematu opowiadali, jak to z
odpieraniem szwedzkiego szturmu na Zamość było. Najczęściej przywoływali relację
Bazylego Rudomicza (Efemeros, czyli diariusz prywatny pisany w Zamościu w latach
1656 – 1672). Rudomicz był m.in. rektorem, dziekanem i kwestorem Akademii
Zamojskiej. W tej uczelni się kształcił, tutaj zdobył tytuł bakałarza, doktora
filozofii i prawa. Jak zauważa Andrzej Kędziora, autor “Encyklopedii miasta
Zamościa”, Rudomicz bogato ożenił się z wdową po profesorze Kołakowskim. Był
właścicielem m.in. folwarku Płoskie, kamienicy przy ul. Ormiańskiej, miał też
aptekę, browar, winiarnię i pasiekę. Był też Rudomicz lekarzem. Nie najlepszym
jak się wydaje (gdy nie mógł wyleczyć syna Kazimierza z kaszlu, gorąco modlił
się do “Niebian”).
Rudomicz urodził się
prawdopodobnie w Wilnie, w roku 1620 (niektórzy podają datę - 1624). “Z racji
kraju urodzenia uważał się za Litwina, a w rzeczywistości z pochodzenia był
Rusinem, z wyboru zaś Polakiem. W 1644 przyjął wyznanie rzymskokatolickie. Co by
o nim nie powiedzieć, miał głowę do interesów. Kiedy był kwestorem Akademii,
uporządkował sprawy finansowe uczelni. Za jego sprawą udało się odzyskać znaczne
zobowiązania od jej dłużników.
Jakimś cudem Rudomicz
dosyć sprawnie zarządzał majątkiem Akademii. Wszystkim było wiadomo, że nadużywa
alkoholu. On sam połapał się w tym, że chyba jednak za dużo pije na krótko przed
śmiercią (1672). Chociaż wcześniej zauważał, że czasami po zbyt tęgiej
biesiadzie, drętwieją mu członki, szczególnie lewa ręka).
Daleko posuniętą pobożność łączył więc z nadmierną
skłonnością do napojów wyskokowych. I być może z tego drugiego powodu tak dobrze
rozumiał się z Janem Sobiepanem Zamoyskim, który jak wiadomo, też za kołnierz
nie wylewał. Sobiepan był ponadto człekiem bardziej niefrasobliwym, a o jego
romansach wiedziała cała Polska. Przed małżeństwem z Marysieńką, później
małżonką Jana Sobieskiego, odprawił fraucymer nałożnic. W stanie małżeńskiej
wstrzemięźliwości nie był zbyt wytrwały, wiadomo, że to z jego powodu żona
musiała leczyć się z „brzydkiej” choroby.
Tak czy inaczej, w opisie oblężenia Zamościa przez Szwedów Rudomicz nie wykazuje jakiejś szczególnej troski o to, co się stanie. Być może ufał sile armatnich dział, mocy bastionów, geniuszowi militarnemu Sobiepana. A być może po prostu nie miał do spraw militarnych specjalnego zacięcia.
Weź Niderlandy
Kraj z bólem znosił szwedzką niewolę, wojska Karola X Gustawa zbliżały się do Zamościa, a w pamiętniku Rudomicza specjalnej trwogi z tego powodu nie ma śladu.
Zapis z 26 lutego mówi, że Szwedzi “podobno ustawili
swoje wojsko w ordynku na polach, pewnie dla postrachu”.
27 lutego (niedziela): “Z powodu zagrożenia ze strony wroga
zamilkły dzwony i zegar nie wybija godzin. Wprawdzie w nocy słychać było około
150 strzałów armatnich z ognistymi kulami, nikt jednak nie został zabity. Padł
tylko jeden wół, a pewien człowiek leżąc w łóżku został zraniony w tylną część
ciała (in posticum)”.
W innych relacjach z
oblężenia, zamiast o wole, wspomina się o zabitym wieprzu. Co do ofiar w
ludziach, Jacek Feduszko z Muzeum Zamojskiego nie pozostawia wątpliwości, iż
takowych nie było. Owszem armatni pocisk utkwił w murach jednej z kamienic, ale
na pewno nie w ciele obywatela Zamościa, zażywającego drzemki podczas
szwedzkiego ostrzału artyleryjskiego.
Jedyną ofiarą
szwedzkiej pożogi (choć nie jest pewne, czy relacja Rudomicza odpowiada
prawdzie) miał paść Żyd Łachmann. Powieszono go, jak donosi Rudomicz za to, że
kolaborował ze Szwedami.
W pamiętniku Rudomicza są lakoniczne uwagi o pertraktacjach Jana Sapiehy, który namawiał Jana Sobiepana Zamoyskiego, aby poddał miasto i uznał władzę Karola X Gustawa w zamian za oddanie mu województwa lubelskiego. Oblężenie i obrona Zamościa obrosły legendą, niemałe w tym zasługi Henryka Sienkiewicza. W “Potopie” właśnie jest mowa o postawie Sobiepana, który za namową Onufrego Zagłoby darowuje Karolowi X Gustawowi Niderlandy, których oczywiście nie miał. Sobiepan nie mógł sobie rościć pretensji do tego kraju, podobnie jak król szwedzki do woj. lubelskiego.
Szkutnik na
prezydenta!
Po 350 latach od oblężenia,
wydarzenie jakby zyskało na atrakcyjności. To za sprawą Henryka Szkutnika,
pracownika Muzeum Zamojskiego. – Pomysł przyszedł nagle – zwierza się Henryk
Szkutnik, który długo zastanawiał się nad tym, skąd wzięło się określenie
“szwedzki stół”. I wyszło mu na to, że rzecz wygląda tak: Karol X Gustaw,
zniechęcony bezskutecznymi pertraktacjami oraz brakiem efektów działań swojej
artylerii zaproponował Zamoyskiemu, aby ten zjadł z nim pożegnalne śniadanie.
“Ordynat ustawić kazał moc stołów poza murami miasta
(bo wietrzył podstęp i nie chciał Szwedów do miasta wpuścić) z wielką na nich
ilością wiktuałów i prowiantów. A to mięsiw wołowych, wieprzowych, sarnich,
zajęczych, i innych, tudzież ptactwa wszelkiej rozmaitości, a ryb różnego
rodzaju i przyrządzenia; pieczywa i ciast góry niezliczone, a i trunki też
wszelakich gatunków przepastnych zapasów zamkowych ustawić kazał. (...) Zakazał
wystawiać jedynie siedziska. Żadnych ław, krzeseł, zydli, taboretów czy inszych
sprzętów, na których wygodnie spocząć do posiłku by można. Od onego czasu,
poczęstunek in erectus zwany, czyli na stojąco, rozpowszechnił się i zwać się
począł Stołem Szwedzkim”. Tyle Henryk Szkutnik.
W ub. sobotę, z okazji niejako inauguracji “stołu szwedzkiego po zamojsku”, każdy mógł najeść się do syta. Oczywiście za darmo. Restauratorzy (m.in. Pub, ten z ul. Szwedzkiej, hotel Orbis Zamojski, hotel Senator, Restauracja Nowe Miasto, Restauracja Muzealna, a nawet Luigi Tondelli, właściciel pizzerii La Cantina) stanęli na wysokości zadania. Jedzenia nie brakowało. Wsparcia udzielił zamojski PSS (chleb, ciasta). I za to mieszkańcy Zamościa powinni Sobiepanowi, Szwedom, a przede wszystkim Henrykowi Szkutnikowi dziękować.
..............................................................
Stół szwedzki, ze Szwecji
Henryk Szkutnik, autor legendy o XVII-wiecznym pochodzeniu zwyczaju spożywania posiłków na stojąco (in erectus) powiada tak: - „Szwedzi pamiętać tej historii nie chcą, a nawet jej przeczą albowiem wstyd ich ogarnia, że wódz ich wielki Karolus Gustawus ośmieszony przez polskiego magnata został”.
Zapytaliśmy u źródła,
ryzykując konflikt co najmniej dyplomatyczny (o ile nie kolejny „Potop
szwedzki”), jak jest naprawdę.
Maja Jelicka z działu informacji ambasady Szwecji w Warszawie zapewnia, że z powodu Henryka Szkutnika skandalu międzynarodowego nie będzie. Legenda, i owszem, bardzo jej się podoba. Zapewnia też, że przedstawiciele ambasady Szwecji chętnie by do Zamościa na uroczystości 350 rocznicy oblężenia twierdzy przyjechali. Gdyby wiedzieli, że rocznica będzie tak hucznie obchodzona. Następnym razem, jeżeli zostaną zaproszeni, Szwedzi na pewno takiej okazji nie przepuszczą. A wracając do sprawy, wyjaśnienie skąd wzięło się określenie „stół szwedzki” Maja Jelicka wyjaśnia, co następuje: - W Szwecji od wieków w czasie świąt Bożego Narodzenia czy Wielkanocy w domach ustawia się ogromny stół, na którym są potrawy. To zwyczaj o wiele starszy niż XVII-wieczny. Każdy bierze to, na co ma ochotę, a później siada z rodziną czy znajomymi przy innym stole i wspólnie spożywają posiłek. Nikt nie jada na stojąco. Tak jest po prostu wygodnie, nie trzeba zastawiać jednego stołu potrawami. A że stół szwedzki przyjął się na wszelkiego rodzaju przyjęciach i bankietach? To dobrze.
...............................................................
Oblężenie Zamościa
Już 24 lutego 1656 roku w Płoskiem pod
Zamościem pojawiły się oddziały szwedzkie dowodzone przez feldmarszałka Roberta
Douglasa. Dwa dni później przybył król szwedzki Karol X Gustaw, a z nim ok. 18
tys. żołnierzy. Szwedzi mieli ok. 40 armat. Nocą z 28 na 29 lutego miał miejsce
ostrzał twierdzy, której broniło ok. 200 ludzi. 1 marca Szwedzi zrezygnowali ze
zdobywania Zamościa, ruszyli w kierunku Tomaszowa Lubelskiego. Zamość był jedną
z trzech twierdz (poza Jasną Górą i Gdańskiem), jaka oparła się najeźdźcom.
Minął ponad rok i 16 IV 1657 roku raz jeszcze wojska
szwedzkie stanęły pod murami Zamościa. Oddziałami dowodził książę siedmiogrodzki
Jerzy Rakoczy. To jemu właśnie Jan Sobiepan Zamoyski posłał żywność. Rakoczy
przełknął zniewagę, zapewnił, że nie zamierza zdobywać miasta (chciał jedynie
wydania jeńców) i poprowadził swoje wojska na Tomaszów.
Jak wyjaśnia Andrzej Urbański, dyrektor Muzem Zamojskiego,
uroczyste obchody 350 rocznicy oblężenia Zamościa były możliwe dzięki grantowi
(ok. 50 tys. zł), jaki uzyskało na ten cel z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa
Narodowego Muzeum Zamojskie. Oprócz inscenizacji i pokazów walk odbyła się
konferencja naukowa. Wykłady wygłosili: prof. dr hab. Edward Mierzwa, dr Adam
Andrzej Witusik, dr Eugeniusz Janas, dr Sławomir Myk, dr Aleksandra Chomiuk, dr
Piotr Kondraciuk (zastępca dyrektora Muzeum Zamojskiego).
Więcej informacji na stronie Kroniki Tygodnia
Skomentuj ten artykuł
Drukuj ten artykuł
|