Region - Gospodarka i polityka - Kultura i rozrywka - �ycie spo�eczne - Sport - Edukacja - Komunikaty ROL
 Szukaj:
Google   
  strona g��wna/newsroom  
 O artykule
Autor: Mariusz Mucha Kurier Lubelski
Data: 8.04.2003, 9:01
Zmiany: 8.04.2003, 9:01
Czytane: 5869x
Komentarzy: 0 [sprawdďż˝]
  
Archiwum: 861   Archiwum>>
Co siďż˝ dzieje na Forum?
Zapisz siďż˝!
Elektroniczy biuletyn ROL
co tydzieďż˝ w twojej poczcie email.
Jachymek mówi....  
Jachymek mówi, że miasto za twarde na jego nogi. I nie słychać wilków

Gdyby Stanisław nie poznał Anny, zapewne szukałby teraz ciekawych kamieni na Alasce lub w Afryce. Poznali się na studiach w Lublinie, szybko jednak stąd uciekli, żeby stworzyć własną Kanadę z dala od miejskiego zgiełku.

Do Guciowa, małej wsi na Roztoczu, droga za Zwierzyńca wiedzie przez las. Mijajmy drewnianą bramę Zagrody Guciów wchodząc w inny świat, gdzie czas odmierza miarowe skrzypienie drewnianego żurawia, stojącego w tym dwustuletnim obejściu.
Na Stanisława Jachymka czekamy w pokoju gościnnym nowego, drewnianego domu położonego powyżej zabytkowych budynków kilkanaście minut. Minęła dziewiąta.
– Późno się wczoraj położyłem – tłumaczy z progu zaspany jeszcze mężczyzna. – Bardzo lubię podkurki, czyli posiłki w czas piania kogutów. O drugiej, trzeciej w nocy. Litr białego barszczu, pęto kiełbasy bardzo mi służą. Czasem szklaneczkę tego – wskazuje na butelkę z samogonem.
Stanisław i Anna skończyli geo- grafię na UMCS. Po studiach zostali na uczelni. Pracowali w uczelnianym gospodarstwie naukowym, właśnie w Guciowie. Nie wspominają tego najlepiej.
– Nauka nie może być całkowicie oderwana od codzienności, chcieliśmy współpracować z ludźmi, a przełożonym to się nie podobało. W końcu wróciliśmy do miasta – wspomina Stanisław nalewając do szklanek jogurt guciowski, z zsiadłego mleka i jagód. Gęsty i smaczny. Do izby wpuszcza kundla Dyrdka, który coraz mocniej dobijał się do drzwi.
– To bardzo ważny pies, typ wiejskiego intelektualisty – pan Jachymek wskazuje na pomarszczone psie czoło.
W M-3 przy ul. Szmaragdowej w Lublinie mieszkało się bardzo wygodnie, wręcz komfortowo. Wszędzie blisko – do sklepu, teatru, kawiarni. Wytrzymali dwa lata.
Zdaniem pani Anny, do wyjazdu z Lublina nie musieli nawet dojrzewać. Wieś mieli w sercu. Jak mówi Stanisław, miasto jest za twarde na jego nogi, zbyt dużo tam trawników, których nie można deptać. No i w ogóle nie słychać wilków, na głos których srożą się wszystkie psy w okolicy. Postanowili mieć własną Kanadę – z dużym lasem, rzeką i dużą ilością miejsca do życia. Za pieniądze ze sprzedaży mieszkania w 1995 r. kupili pierwszą szaturę, czyli starą rozwalającą się chałupę.

– Miała ponad dwieście lat i była podszyta wiatrem, na dachu nie było ani jednej dobrej wiązki słomy – rozrzewniają się Jachymkowie. Patrzymy na piękną, niebieską chałupę, wpisaną niedawno do rejestru zabytków. A wtedy to było najbrzydsze miejsce we wsi. Stanisław przypomina sobie, jak w czasie remontu nawet nocami przychodził popatrzeć, dotknąć.
Przez dwa lata mieszkali na stancji i poznali smak biedazupy z pokrzyw. Powoli powiększali swój dobytek. Miejscowi z zaciekawieniem i troską patrzyli na kolejne ruchy miastowych.
– Ty, durny, na co ci to? – wielokrotnie powtarzali śpiewną, wschodnią polszczyzną człowiekowi, który mieszka na „komornym” i skupuje stare chałupy.
Teraz już tak do Jachymka nie mówią. Niedawno wybrali go na sołtysa, na drugą kadencję. Obejście geografów też się zmieniło. To sprawnie i planowo zarządzana manufaktura, którą odwiedza kilkanaście tysięcy turystów rocznie. Dają zarobić Jachymkom i okolicznym mieszkańcom, pracującym na potrzeby zagrody. Sąsiedzi dostarczają mleko, jagody, mięso. Kilku nawet pracuje w obejściu. W starym spichrzu pani Anna stworzyła miejscową galerię, do której prace dostarczają okoliczni artyści. Świustaki, rzeźby, haftowane obrusy. Podobno idą jak woda. Obok pan Stanisław ma Muzeum Etnograficzno-Przyrodnicze. Niektóre skamieniałości znalezione na okolicznych polach, jak np. kość delfina, liczą kilkanaście milionów lat. Groty strzał – ponad tysiąc. Stanisław Jachymek znalazł je za domem, gdy kopał ziemię na parking dla gości. Łyżka koparki odkryła ślady osady z IX wieku n.e.
– Nie zdziwiłem się, bo na pobliskim wzgórzu jest pochodzące z tego okresu grodzisko – tłumaczy pokazując miejsce znaleziska.

W stodole, równolatce chałupy, oglądamy muzeum historii wsi tego rejonu. Ekspozycja składa się m.in. z toka, wydrążonego w pniu drzewa – mógł pomieścić tonę zboża. Ma 150 lat, a drzewo, z którego powstał – setkę więcej. Ligawka, długa wydrążona tuba służyła do komunikacji, w mroźne dni słychać ją po drugiej stronie lasu – kilkanaście kilometrów stąd.
– Można się było umówić na randkę – Jachymek przykłada tubę do ust, basowy dźwięk jeszcze długo wibruje w uszach.
Anna i Stanisław nie ukrywają, że ich przedsięwzięcie przynosi pieniądze. To ważne, bo pomagają spełniać marzenia i godnie żyć. Stanisław śmieje się, że są po to, by mogli spłacać raty kredytu, a to najlepsza droga do tego, by brać następne i się rozwijać. Teraz budują karczmę z prawdziwego zdarzenia.
– Przebiorę się za karczmarza Żyda i będę podawał miejscowe specjały – planuje.
Powodzenie, jakim cieszy się zagroda, to według jej właścicieli znak, że jest to sposób na gospodarczy rozkwit południowej Lubelszczyzny. Chcieliby, żeby jak najwięcej ludzi poszło w ich ślady.

– Od paru lat widać, że idzie nam coraz lepiej, dajemy pracę ludziom ze wsi. Na Roztoczu jest pięćset wsi takich, jak Guciów. Co z nimi będzie? – zastanawiają się małżonkowie. – Wiadomo, że nie każdy ma tyle inwencji i siły, by stworzyć coś z niczego, jak my w Guciowie.
Pani Anna podkreśla, że ich gospodarstwo nie powstało, jak powtarza jej mąż, z wtorku na środę. Swoje miejsce na ziemi wypracowali sami.

– Lubelszczyzna może być – tak jak Prowansja we Francji – krainą setek małych ojczyzn, żyjących ze swej niepowtarzalności i urody, a każda wieś znana byłaby z czego innego. Ze swojskiej kiełbasy wędzonej w olchowym dymie, z samogonu, który nie ma równych sobie w Europie. Z miejsc, w których turyści mogliby zjeść to, co jada się tam od wieków – Stanisław Jachymek święcie wierzy, że tak będzie. – Byle tylko nie zabić Roztocza sidingiem wczasowych dacz, to wszystko się w końcu uda.
– Żyjemy szczęśliwie – mówi pani Anna patrząc na męża i synów: czternastoletniego Jana i Tadeusza, czterolatka.
– Nie oczekiwaliśmy ekonomicznie wiele, a dostaliśmy dużo. Poza tym mogę spać do dwunastej i wąchać leśny śnieg wiosną. Tak, to jest chyba nasz sukces – zapewnia Stanisław.










R E K L A M A




Skomentuj ten artykuďż˝
Drukuj ten artykuďż˝
Informacje opublikowane przez INTERNAUT�W nie podlegaj� cenzurze. W�a�ciciele i redakcja Roztocze Online (www.roztocze.net) nie odpowiadaj� za tre�� zamieszczonych materia��w, tekst�w i komentarzy! Je�eli zawarto�� nie jest sygnowana "Roztocze.net" lub "Roztocze Online" to g�owna tre�� tej strony jest kopi� znalezion� w sieci internet.
Kopie stron internetowych zamieszczane w serwisie roztocze.net s� dokonywane za zgod� autor�w lub w�a�cicieli, serwis roztocze.net nie jest w �aden spos�b zwi�zany z autorami takich strony i nie odpowiada za ich tre��.
Komentarze [do g�ry]
dodaj komentarz
[Kontakt] [Reklama] [© Roztocze Online - roztocze.net - P.Rogalski & R.Moteka]