recenzja
Szajba, wiocha, debil... Takie oto słowa wpisał do kroniki wystawy obrazów
Henryka Szkutnika jakiś małolat. Rzecz działa się parę lat temu w zamojskiej
Galerii Sztuki Współczesnej.
Paradoksalnie jest w tym sformułowaniu pewna racja. Spróbujmy wyłożyć
intencje owego młodziana na język polski: Szajba to przecież własny
sposób widzenia i malowania, próba kontaktu z widzenia za pomocą własnego
języka. Wiocha - wszystkie obrazy artysty bezpośrednio lub pośrednio
związane są ze wsią i ludźmi tam mieszkającymi. Debil - pewnie dlatego,
że - w rozumieniu tamtego odbiorcy - Szkutnik mógłby z większym pożytkiem
robic coś innego, prowadzić budkę z piwem, kraść samochody itp. Tytułowe
trzy słowa to swoista ankieta socjologiczna z gotową odpowiedzią, jak
to dzisiaj postrzega się twórcę. Okazuje się, że na co dzień nie jesteśmy
za bardzo mądrzy, tolerancyjni, nie zachowujemy się jak ludzie wykształceni,
chociaż podobno statystycznie tacy jesteśmy w porównaniu z innymi krajami.
(Może stąd bierze się olbrzymia ilość prostych, by nie powiedzieć: oczywistych,
spraw spapranych w kraju do końca?)
Jesteśmy za to szczerzy do bólu. Dobre przynajmniej to. Na szczęście
malarze, pisarze, w ogóle ludzie sztuki mają poczucie humoru - Szkutnik
też. Nie w głowie mu sadzić się na kapłana w wydłubanej własnoręcznie
kapliczce (sztuki). Sztuka to powołanie, dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek
w minionym pięćdziesięcioleciu. To męska (w charakterze, samozaparciu)
robota, którą się wykonuje z zakasanymi rękawami. Nadymanie się jakiegoś
wielkopisarza czy hiperartysty nie ma z nią nic wspólnego. W tym konkretnym
przypadku to żmudna harówka wieczorami, po pracy zarobkowej, której
efektem są jeden-dwa obrazy miesięcznie, nie kilkanaście. Rzecz przecież
nie w ilości. Wystarczy wszak jedno, dwa dzieła, utwory na całe życie
(Joyce, Leśmian, Whitman i wielu innych). "Kapłanom sztuki" tego się
nie wytłumaczy, twórcy tę wiedzę otrzymują z talentem.
Patrzę na to malarstwo od początku, a było ono - nie ma powodu taić
- takie sobie. Każdy może napisać wiersz, powiadają niektórzy. Twierdzę,
że może znacznie więcej - może napisać zupełnie dobrą książkę o sobie.
Dlaczego każdy, kto ma ochotę, nie może stanąc przed sztalugą? Oczywiście,
że może, dlatego stanęło się i Heńkowi. Podziwiałem go, jak przez lata
szamotał się z obrazami, formą, dobieraniem koloru, przemalowywał płótna,
które go irytowały, nieraz zresztą żałująć zamalówek. Długo nikt nie
wiedział, łącznie z nim samym, czy cokolwiek z tego będzie. Ale to normalne,
przebłyski geniuszu zdarzają się niezmiernie rzadko. Z pierwszej indywidualnej
wystawy Szkutnika pamiętam półtora obrazu: Kurki i finezyjnie namalowany
łeb koński w jakiejś niespójnej kompozycji. Sądzę, że to był przełom:
uproszczony rysunek, którym tak chętnie szafował, całą jego toporność,
pewną schematyczność po raz pierwszy potraktował jako walor, wykorzystując
finezję zestawień kolorystycznych i przecierek. Zmieniła się kompozycja:
przytłaczające plamy, np. sylwetek, ustąpiły na rzecz sugestii, niedopowiedzenia,
narzucając odbiorcy konieczność uruchomienia wyobraźni. Postaci np.
nie były namalowane od początku do końca, ale zasugerowane paroma finezyjnie
zestawionymi krechami barwnymi. Dawniej z lubością i w innym celu ten
sposób malowania uprawiał Gericault i jego "uczeń" Piotr Michałowski.
Pojawiła się w sposób naturalny pewna (zasugerowana) przejrzystość kompozycji,
a więc lekkość, impresyjność. Jest to w jakiejś mierze szokujące, Szkutnik
bowiem nie zmienił rysunku - topornego, nieostrego, jakby celowo prymitywnego.
Ale z owym zamierzonym prymitywizmem, topornością nie należy przesadzać.
Każdy, kto choć trochę umie patrzeć wie, że artyście wszystko to nie
przeszkadza w oddawaniu charakterystycznych, indywidualnych rysów, całej
psychologii postaci.
To malarstwo ma - krótko mówiąc - własny styl, coraz bardziej interesujący
kolorystycznie i wysmakowany kompozycyjnie. Zresztą, nie wyobrażam sobie
kogoś, kto obrał sobie wieś za temat twórczych poszukiwań, by robił
to techniką wylizanego rysunku czy superrealistycznego, dokładnego sposobu
malowania. Byłaby to oczywista sztuczność, kłamstwo. To malarstwo nie
ślizga się po wierzchu, nie nazywa, ale oddaje istotę rzeczy - trudno
w tym przypadku o lepsze środki. Któż nie lubi impresjonizmu i smug,
jakie za sobą pozostawił. Zwłaszcza w Polsce, w kraju, który obok Francji
ma na tym polu największe osiągnięcia, włącznie z całym sztafarzem krytycznym,
teoretycznym. Osiągnięcia zresztą przy całym naszym prowincjonalizmie,
mizerocie intelektualnej niezbyt uświadamiane. Już wolimy po cichu,
do cholewy buta szeptać: no tak, ale jesteśmy drudzy, w końcu nasi tylko
przeszczepiali, kontynuowali, naśladowali. Nikomu już nie chce się pomyśleć
o wielkiej kresowej duchowości, swoistym kolorycie, skażeniu polskością,
jakie wnieśliśmy do impresjonistycznego albo raczej postimpresjonistycznego
nurtu światowego malarstwa. i jakoś głupio wręcz spostrzec, że tutaj,
między Odrą a Bugiem, wciąż jest to proces żywy, owocujący odkryciami.
Mam nadzieję, że żaden uczony mądrala nie zarzuci malarstwu Henryka
Szkutnika bezpośrednich związków z postimpresjonistami, chociaż z Gauguinem,
gdyby się uparł, akurat mógłby. Jest to bowiem twórczość absolutnie
samoswoja, komarkowsko-lubartowska, tak zajeżdżająca samoswoją, polską
wiochą, że tego rodzaju zarzuty byłyby co najmniej nietrafne. Heniek
(że napiszę tak jak mówią o nim koledzy) wnosi do nurtu koloryzmu własny,
tzn. tylko nasz, wiejsko-polsko-powiatowy świat z jego wrażliwością,
odczuwaniem, zadziwieniem i wszystkim, co tylko można. Lecz tak naprawdę,
kogo to, prócz paru kumpli, obchodzi?
Adam Kulik "Na Przykład" Nr 29/95
|